40 dni postu zakupowego: jak żyć bez sieciówek?

W internecie wielokrotnie natknęłam się na artykuły dotyczące negatywnego wpływu kupowania w sklepach sieciowych z obcym kapitałem na polską gospodarkę. Mogłabym powtarzać lub kwestionować stawiane w nich tezy. Jednak moje wsparcie dla polskich sklepów nie bierze się z analiz, tabel ani statystyk, a z prostego założenia, że skoro mieszkam w Polsce, to chcę kupować od Polaków i niepotrzebny mi do tego pośrednik zza oceanu. Dzisiejszy wpis będzie więc prosty i praktyczny.

Zazwyczaj staram się robić większe zakupy w polskich sieciach, takich jak Polomarket, Piotr i Paweł lub Stokrotka. Gdzieś z tyłu głowy kołatała mi jednak myśl, że każda sieć sklepów, niezależnie od kapitału, jest w stanie wymóc na dostawcach dostarczanie produktów po cenie oscylującej w granicach kosztów produkcji. Postanowiłam podjąć małe wyzwanie: próbę powrotu do robienia zakupów wyłącznie w lokalnych sklepach i na targowiskach.

Założenia eksperymentu

1. Rezygnuję z zakupów w sklepach należących do ogólnopolskich lub międzynarodowych sieci. Nie zaliczam do nich lokalnych marketów, punktów sprzedaży należących do sieci występującej na terenie mojego miasta ani sieci mającej siedzibę w moim regionie.

2. Czas trwania – 40 dni. Pomysł narodził się w środę popielcową, więc termin narzucił się sam.

3. Nie kupuję produktów. Z zakresu przeprowadzanego eksperymentu musiałam wyłączyć usługi. W przeciwnym razie musiałabym zrezygnować np. z transportu kolejowego.

Przebieg

W czasie trwania eksperymentu musiałam odmawiać sobie wątpliwej przyjemności wieczornego stania w kolejce w supermarkecie pod moim blokiem. W zamian za to zaczęłam jeździć do pracy wcześniejszym autobusem. Dzięki temu mogłam rano kupić świeże bułeczki w samej piekarni.

Na szczęście nie miałam akurat żadnych naglących potrzeb dotyczących odzieży. W innym razie musiałabym znaleźć krawcową. która uszyłaby mi ubrania na wymiar, gdyż w butikach chwalących się polską odzieżą niestety zazwyczaj nie ma na mnie rozmiaru. Co prawda i tak planuję choć częściowo zmienić źródło swojego odzieżowego zaopatrzenia, ale o tym będzie osobny wpis.

Dużym wyzwaniem okazały się zakupy kosmetyków i środków czystości. Mimo długich poszukiwań nie znalazłam w swojej okolicy małej drogerii, których kiedyś było tak wiele. Skończyło się na kupowaniu środków czystości w zwykłym sklepie osiedlowym.

Niestety, w pobliżu mojego mieszkania nie ma żadnego targowiska, na które zdążyłabym się wybrać przed pracą lub po powrocie. Warzywa i owoce w osiedlowych sklepikach okazały się podobnej jakości co te w marketach, jednak przez ladę nie za bardzo byłam w stanie kontrolować, co ekspedientka pakuje do woreczka. Na szczęście skończyło się na starym ogórku i kiełkującej główce czosnku. Nie wiem, czy było to spowodowane mniejszą ilością środków chemicznych przedłużających świeżość warzyw i owoców, czy po prostu mniejszą ich rotację w sklepie i słabszą kontrolę jakości dostaw.

Targowisko

Takie zakupy mogę robić codziennie!

Wnioski

1. Omijanie sieciówek nie odbiło się niekorzystnie na moim portfelu mimo wyższych cen w małych sklepikach. Podejrzewam, że to skutek braku ingerencji specjalistów od merchandisingu, przez co kupowałam tylko potrzebne mi produkty.

2. Z powodu inwazji supermarketów i innych sieci sklepów drastycznie zmniejszyła się liczba małych sklepików – np. wspomnianych drogerii – oraz targowisk. Godziny otwarcia nielicznych, które pozostały, pokrywają się z godzinami pracy wielu ludzi.

3. Czynnik ludzki ma dużo większy wpływ na robienie zakupów w małych sklepikach. Wiele zależy od ekspedientów, którzy mogą Cię zachęcić swoim zachowaniem do powrotu do sklepu. Mogą też sprzedać Ci nieświeżego ogórka – z wiadomym skutkiem. W supermarkecie z reguły sami o wszystkim decydujemy, a kontakt z pracownikiem jest zmniejszony do minimum (przy kasie).

Podsumowanie

Mimo ogromnych zmian w strukturze handlu detalicznego w ostatnich latach wciąż można przeżyć, nie wchodząc do sklepów sieciowych. Wbrew obiegowej opinii typowe sklepy spożywczo-przemysłowe nie są skazane na wymarcie. Chociaż super- i hipermarkety przejęły olbrzymią część klientów, sklepiki osiedlowe prawie nigdy nie są puste. Z pewnością nie znikną punkty sprzedaży produktów lokalnych przedsiębiorców, takie jak piekarnie czy sklepy mięsne. Ma tu znaczenie tradycja, marka wyrobiona przez lata oraz wysoka jakość produktów.

Tak bardzo przyzwyczaiłam się do narzuconego sobie rygoru, że z rozpędu do dziś jeszcze nie weszłam do żadnej „zakazanej” sieciówki. Podejrzewam, że nie potrwa to długo – muszę jutro kupić nowe soczewki, których nie dostanę u zwykłego optyka. Mimo to myślę, że będę wykazywać tendencję do robienia zakupów w sieciówkach tylko z konieczności. A Ty?

Zdjęcie: Wendy

Podziel się!
Facebook
Google+
Google+
RSS
Newsletter
SHARE

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *